Prezentujemy najciekawsze odpowiedzi w konkursie „Chopin i jego Europa”

Chopin and his Europe festival

Serdecznie dziękujemy za Wasz udział w konkursie w ramach festiwalu „Chopin i Jego Europa”. Konkurs wymagał kreatywności i nie zawiedliście nas! Przedstawiamy poniżej najciekawsze odpowiedzi konkursowe. Miłej lektury! 

Treść ZADANIA nr 1

Jest niedziela, siepień 2017. Fryderyk Chopin obudził się w Pałacu Czapskich (ul. Krakowskie Przedmieście). Wyszedł na ulicę i…

Napisz jak Fryderyk Chopin spędziłby poranek w dzisiejszej Warszawie.

Treść ZADANIA nr 2

Po intensywnym poranku i południowym koncercie w Łazienkach, Fryderyk ma ochotę odpocząć. Wtem spotyka Bacha jadącego alejami Ujazdowskimi na rowerze Veturilo.

Jak Twoim zdaniem spędziliby to słoneczne popołudnie w Warszawie?

Treść ZADANIA nr 3

Słońce już nisko nad horyzontem. Chopin wybrał się na spacer po Starym Mieście. Nagle wpada na grupę muzyków, wśród nich Mozart, Beethoven i Straviński.

Jak twoim zdaniem Fryderyk spędziłby z nimi ten ciepły letni wieczór w Warszawie?

A OTO NAJCIEKAWSZE ODPOWIEDZI:

 

Karolina Kujawowicz

część 1

 

Jest niedziela, sierpień 2017. Fryderyk Chopin obudził się w Pałacu Czapskich (ul. Krakowskie Przedmieście). Wyszedł na ulicę i… potknął się o nierówność na chodniku. Ledwo uszedł cały, a już otarł się o pędzącego z prędkością wyścigowego konia rowerzystę – uważaj jak chodzisz, dziwaku! – Usłyszał Fryderyk ubrany w skrojony na miarę frak.

Kim jest ten ów dziwak? – Pomyślał i znów wrócił do spontanicznego komponowania nowego utworu – nucił, nucił… zapisywał w myślach, po czym skreślał i znów nucił…

– Fryderyku, jesteś genialny! – Powiedział do siebie głośno.

Był szczęśliwy i wzruszony swoim nowym arcydziełem.

Usłyszał za sobą chichot dwóch kobiet, kilkoro innych przechodniów spojrzało na niego ze zdziwieniem i politowaniem. Poczuł, że to jego dotyczą pełne litości spojrzenia.

Dlaczego? – Tego nie wiedział.

Rozglądał się za ławką, na której mógłby na chwilę usiąść i szybko zapisać nuty wybrzmiewające wprost z jego serca.

Rozejrzał się… ale nie było ani ławki, ani tym bardziej chwili tak dostojnej i godnej by uwiecznić na papierze błądzące w myślach dźwięki.

Rozejrzał się jeszcze raz. Zaczął kręcić się wokół własnej osi, popychany to w jedną, to w drugą stronę, całkowicie obojętny dla ludzi bez twarzy. On sam czuł się jakby niewidzialny. – Raz dwa trzy cztery pięć.. …szybko, szybciej..

Czy będzie w stanie zapisać takie tempo w muzyce? – Rozmyślał.

– Cóż to za nowy gatunek ? Co to za muzyka? – głośno zapytał jakby siebie, lecz z nadzieją, że dostanie odpowiedź.

W tłumie przechodniów nie znalazł duszy równej sobie.

Pochylił głowę i już chciał wyrwać się z pędzącej furii różnych dźwięków gdy nagle spojrzał na niego starszy mężczyzna, ubrany dość skromnie i z laską w dłoni.

– To muzyka jutra, bardzo chaotyczna, pełna obaw, ale i pełna nadziei, Fryderyku. – Odparł ze spokojem i pokorą starszy Pan.

Fryderyk usłyszawszy te słowa spojrzał w tłum pełen twarzy o różnym obliczu, pełen spojrzeń pełnych marzeń. Gdy zwrócił się ku staruszkowi, już go nie było. W nim również zakwitło nowe marzenie, muzyka płynąca z jego serca – Uszczęśliwię Was swoją muzyką!

część 2

Sebastianie! Jakież zaskoczenie i przyjemność spotkać Cię tutaj! – z nieukrywaną życzliwością rzekł Fryderyk – Dokąd zmierzasz?

Sebastian spojrzał na Fryderyka i rozpromieniał. Zobaczył dosyć szczupłego mężczyznę aczkolwiek eleganckiego, ubranego w jasną koszulę, muszkę, ciemną kamizelkę i płaszcz o szerokich połach. Po obu stronach twarzy opadały mu kosmki długich aż do brody włosów. – Fryderyku, jedź ze mną! Wszystko Ci pokażę, wszystko! Musisz coś usłyszeć! – Nieco zdyszanym, ale energicznym tonem rzucił Sebastian.

Ale Fryderyk ani myślał wsiąść na tak cudaczny pojazd i ruszać w jakąkolwiek podróż. Marzył jedynie o odpoczynku, o zacisznym miejscu, gdzie mógłby ukoić swoją duszę widokiem pięknych ogrodów tudzież stawów, zagajników…

– A niech mi tam! Dobrze pojadę – w taki o to sposób nie potrafił odmówić swemu przyjacielowi. – jednak nie widzę powozów ani dyliżansów, za to wszędzie te niebieskie pojazdy o dwóch kółkach. Powiedział niepewnie Fryderyk.

– Fryderyku! To są rowery. Tutaj można dojechać nimi wszędzie i do tego czasami szybciej niż samochodem. Nie jeździmy już powozami na co dzień, tutaj sprawy mają się nowocześnie. – Sebastian dostrzegł wyraz przerażenia w oczach Fryderyka. –To przyjazne miasto – Chodź ze mną, weźmiemy tandem!

Pospieszył za Sebastianem, jego oczom ukazał się rower lecz większy od tego, który przed chwilą zobaczył. Wykonując polecenia Sebastiana, usadowił się zaraz za Sebastianem, przyglądając się jak wprawia w ruch ten niespotykany wcześniej pojazd.

– Nie możesz wciąż ukrywać się za fortepianem. Fryderyku, zakochasz się! – Rzekł radośnie, lekko odwracając się w jego stronę.

Lecz czy jest bardziej zachwycające miejsce od Łazienek Królewskich? – Pomyślał w duchu Fryderyk.  Nie chciał być zakochany, bo wystarczająco dużo pisał o miłości. Powieści te miały jedną wspólną cechę – były muzyką jego duszy, muzyką jego serca, którą można było usłyszeć tylko na fortepianie. Chociaż okoliczności koncertowania się zmieniały, to zawsze czuł to samo, czuł jak jego powieści rozbudzają w nim na nowo płonne nadzieje.

– Ale jeszcze nie teraz, marzycielu! – zaśmiał się Sebastian – Jechali wzdłuż Alei ujazdowskich. Minęli po lewej stronie Aleję Róż, a następnie ulicę Fryderyka Chopina.

– Jesteś znany, Fryderyku! – Oboje dostrzegli tę uliczkę.

Lecz cóż z tego skoro idąc wzdłuż tłocznych Alei ujazdowskich, jadąc rowerem rzadko kto go rozpoznaje ? – Rozmyślał Fryderyk. Tak naprawdę był wyjątkowy, niepowtarzalny i dostrzegalny poprzez swój piękny frak – jak przystało na pianistę. – Dlaczego on, Fryderyk miałby zmienić krój swoich strojów noszonych na co dzień?

Minęli Plac trzech Krzyży, gdy po prawej stronie Fryderyk dostrzegł Muzeum Narodowe i Muzeum Wojska polskiego. Musieli się zatrzymać. Musieli zwiedzić. Obaj byli zachwyceni.

Wyruszyli dalej. Jechali wzdłuż Alei w kierunku Nowego Światu. Jednak Sebastian tuż za ulicą Chmielną zatrzymał się nagle i zszedł z roweru – Proszę, poczekaj tutaj. Będę za chwilę.– rzekł pewnym, donośnym głosem.

Sebastian w milczeniu wrócił z tajemniczą papierową torebką. Skręcili w ulicą Ordynacką i szybko dotarli do Skweru Bohdana Wodliczko. Tam Chopin dostał drobny prezent od Sebastiana – pączki z różą! – Uwielbiał pączki. Zajadali się i żywo uśmiechali do siebie. Fryderyk rozpromieniony zaczął się rozglądać. Dopiero teraz ujrzał szkołę… i Muzeum! Muzeum Fryderyka Chopina. Podniesiony na duchu postanowił obejrzeć muzeum. Gdy obaj dotarli na miejsce, weszli pięknymi drzwiami i nagle ujrzeli witającą gości kobietę. Była pełna naturalnego wdzięku, piękna, ubrana elegancko, lecz nieprzesadnie. Mówiła z gracją, z której płynęło jakieś nieukrywane piękno.

– Bonjour Mademoiselle – wykrzytusił Fryderyk

– Bonjour Monsieur Chopin, Monsieur Bach – odpowiedziała kobieta. Proszę wejść, jesteśmy zaszczyceni. – powiedziała kobieta. Fryderyk spojrzał zaskoczony. Młoda kobieta, która go rozpoznaje?  Zaczął się jej przyglądać. Kobieta miała w sobie niespotykany spokój i harmonię. Dostrzegł ten drobny szczegół, który zdawał się być z innego świata. Swoim urokiem nie przypominała kobiety z tych czasów. A może jednak się mylił?

Zwiedzali, oglądali, czytali.. w otoczeniu muzyki grającej w gdzieś cicho tle. Fryderyk jakby był głuchy i niewidomy, oddalił się myślami w inne miejsce. Rozglądał się nerwowo szukając wzroku młodej kobiety. Wbrew pozorom zdumiał się gdy zobaczył z jaką dokładnością, finezją zebrano jego dzieła, przedmioty… Przywoływały wspomnienia, uczucia, myśli. Zasiadł do fortepianu i zagrał. Zagrał nie byle co, bo był to Nokturn op. 9 No.1. szukając ukojenia, powoli wyciszał się aż wreszcie zamknął oczy… Grał tak cały utwór.

Gdy skończył, otworzył oczy i zobaczył kilkanaście osób, stojących przed nim i klaszczących, zobaczył uśmiech na ich twarzach, ujrzał także tę samą uroczą młodą kobietę, która wcześniej go witała. Był wzruszony i szczęśliwy.

– Piękne muzeum! Podekscytowany dodał jeszcze –  Pragnę oddać tu swoje dzisiejsze nuty z koncertu w Łazienkach.

– …i swój surdut z XVII wieku – dodał żartobliwym tonem Sebastian.

– Radzę Ci Sebastianie zdejmij te błyszczące okulary i tę wyzwoloną kolorami koszulkę – zripostował.

Oboje mieli dziś dobry humor. Środek dnia zapowiadał się coraz ciekawiej. Czyżby Sebastian stał się osobistym przewodnikiem Chopina?

– Miałeś się zakochać w Warszawie, Fryderyku! – Szepnął Sebastian. – Musimy iść, jeszcze wrócimy tu kiedyś, musimy iść, bo się spóźnimy! – Powiedział.

Podczas wizyty w muzeum Fryderyk spotkał się ze zrozumieniem i życzliwością. Gdyby tylko mógł poznać imię tajemniczej kobiety. Zapatrzył się przed siebie i zamilkł.

– Ma na imię Maria- rzekł z powagą Sebastian i po chwili dodał – Zaraz będziemy na miejscu.

Fryderyk był lekko zakłopotany i zdumiony. Właśnie teraz mógłby zatopić się we własnych myślach.

Pojechali z powrotem na ulicę Nowy Świat. Fryderyk rozglądał się i coraz bardziej był zaciekawiony. Widział różne budynki, przyglądał się przechodniom, mijali mnóstwo świateł, aż wreszcie minęli Pomnik Kopernika.

– Jesteśmy – oznajmił Sebastian. Oddali rower i skierowali się w stronę Bazyliki Świętego Krzyża.

Pragnę Ci coś pokazać. – dodał.

Weszli do bazyliki, w której nikogo nie zastali. Sebastian zaprowadził Fryderyka na ławkę w środkowej części kościoła. Zamknij oczy i posłuchaj.- powiedział cicho Sebastian i zniknął wchodząc po schodach. Zaległa cisza.

Usłyszał nagle głośne, idealnie dopasowane po sobie dźwięki . Popłynęły przez niego niczym strumień górski – potok pięknej muzyki.

Tego się nie spodziewał! Bach grał właśnie na organach. Ta muzyka wyniosła jego gdzieś po za granice tego kościoła, a został on sam pochłonięty jakby przez inny wymiar.

Muzyka podbiła jego serce, był tak poruszony, że poczuł jak dreszcze przebiegają jego ciało.

Gdy Sebastian skończył grać podszedł do Fryderyka – Toccata i fuga d-moll, co o tym myślisz? – zapytał Sebastian

Znakomite…-  ocknął się nieco chcąc powrócić do tego miejsca – piękne! Jesteś geniuszem! Sercem pozostanę już w tym miejscu, dziękuję Ci – spojrzał z szacunkiem na Sebastiana.

Wychodząc z Kościoła zaczepiła ich grupa młodych osób prosząca o wspólne pamiątkowe zdjęcie z Chopinem i Bachem.

Dlaczego nie ? – pomyśleli obaj i spełnili życzenie ustawiając się do zdjęcia.

– Poczekajcie jeszcze chwilę! Nie pożałujecie! – Prosili młodzi ludzie. W trakcie kilku minut oczekiwania okazało się, że Ci młodzi otwarci na świat ludzi  są studentami akademii muzycznej.

Już! – zawołali – To dla Was! – Ujrzeli małe kwadratowe zdjęcia w białej ramce.

Niesamowite i tak szybko – zdziwił się Fryderyk. Jego oczom ukazała się fotografia przedstawiająca szczęśliwych młodych ludzi wraz z Fryderykiem i Sebastianem. Przyjrzał się jeszcze raz zdjęciu, zamyślił po czym z dużą starannością włożył zdjęcie do kieszenie jakby to było coś niezwykle cennego.

Nie wiedział, że to dopiero początek podróży po Warszawie.  Chociaż znał już niektóre miejsca tego miasta, to dziś ujrzał je w zupełnie innym świetle. Czy taka jest Warszawa? – Pełna wzruszeń, emocji i niespodzianek? Rozmyślał Fryderyk.

– Jestem głodny Sebastianie– zaanonsował. Wtem jego przyjaciel uśmiechnął się i odpowiedział: Zatem czeka nas kolejna przygoda!

część 3

Nasz drogi Chopin! Cóż za spotkanie! – rzekł mężczyzna o dosyć szczupłej posturze. Ubrany był skromnie –  w białą koszulę i dopasowane niebieskie jeansowe spodnie. Włosy jego były niezmienne, charakterystyczne, długie, pozostawały w precyzyjnym nieładzie, znanym chyba każdemu.

– Ludwig van Beethoven… rzekł nieco wstydliwie Fryderyk. Był tak zaskoczony tym niecodziennym spotkaniem, że całkiem zaniemówił. Pomyślał o tych dniach, miesiącach i latach kiedy za kulisami swojej sławy marzył o wzięciu udziału w koncercie Beethovena! Jakie to były wzniosłe marzenia! – Witajcie – rzekł już przytomnie spoglądając na Beethovena, Mozarta i tajemniczego mężczyznę. Przy tym nieomal ukłonił się niczym uczeń – w oczach jego dostrzec można było radość i podziw. Spotkanie wprawiło go w niemałe osłupienie to też nie był w stanie pozwolić sobie na potok słów.

Podziwiał również dzieła Mozarta. Wolfgang stał teraz swobodnie z rękoma w kieszeni. Zdecydowanie swoim wyglądem odbiegał od wyobrażeń Fryderyka. Miał na sobie lniane spodnie, białą bawełnianą koszulkę i okulary przeciwsłoneczne. Zdał sobie sprawę, że niemal niemożliwe byłoby rozpoznanie ich wśród mieszkańców Warszawy, zdawali się być nowocześni, żyjący duchem tych czasów. Wyróżniał ich tylko jeden aspekt – bił od nich jakiś nadzwyczajny blask. W ich postawie można było dostrzec pewność siebie, dumę, które znamionowały, że są to ważne osobowości, dostatecznie ważne, aby zwrócić na nich uwagę.

Igor Fiedorowicz Straviński – z wyczuciem i klasą, przedstawił się młody mężczyzna, przerywając tym samym zamyślenie Fryderyka. – To dla mnie zaszczyt. Dużo słyszałem o Panu. – dodał.

– Dziękuję. Fryderyk. Po prostu Fryderyk. Miło Cię poznać.

Straviński? Czyżby ten młody człowiek był ich uczniem? – Rozmyślał Fryderyk.

– Igor jest naszym oknem na ten świat pełen różnorodności. – Wyjaśnił Mozart jakby chciał przerwać wyraz zdziwienia na twarzy Fryderyka – Czy pomyślałbyś ile gatunków muzyki pomieści taka mała skrzyneczka ? – rzekł Mozart pokazując nowoczesne urządzenie do odtwarzania muzyki. To tutaj  ukrywamy swoje sekrety, nasz wewnętrzny świat. Poznajemy dzieła dotąd nieodkryte przez nas.

– … Takie jak Jazz – dodał Igor Fiedorowicz Straviński.

– Czym jest ów jazz? –  Zapytał Fryderyk

– Ukrytym pięknem – odpowiedział Igor

W czym jest te ukryte piękno jazzu? Zastanawiał się Fryderyk, ale nie miał odwagi zapytać.

– Przyjdź dziś zobaczyć serce tego miasta! – powiedział Ludwig. Będę zaszczycony Twoim towarzystwem. Czy przybędziesz na koncert muzyki jazz? – zapytał z nadzieją w głosie Ludwig

– Z przyjemnością. – bez zastanowienia odpowiedział Fryderyk. Jeszcze do niedawna marzył o spotkaniu z Beethovenem, Mozartem. A teraz miałby stać się ich towarzyszem? To on Fryderyk czuł się zaszczycony.

– Do zobaczenia więc na starówce późnym wieczorem! – rzucili wszyscy trzej mężczyźni.

Fryderyk pełen emocji, pragnął uspokoić swoją wzruszoną do łez duszę. Z natury był człowiekiem wrażliwym i skłonnym do refleksji. Usiadł więc na murku i zobaczył małą ulotkę prezentującą „Wieżę widokową Warszawy”. Zdawała się być gdzieś blisko. Postanowił udać się w te miejsce, wiedziony targany wizją spotkania. Kiedy dotarł do wieży widokowej okazało się, że musiałby pokonać aż 300 schodków aby wejść na najwyższy punkt.

– To nie dla mnie – odrzekł głośno do samego siebie. Powoli kierował się do wyjścia, gdy nagle zatrzymał się, zawiesił wzrok i powiedział cicho do siebie – nie poddam się… muszę, muszę tam wejść – podjąwszy ostateczną decyzję rozpoczął wędrówkę po schodach.

Zdyszany i zmęczony po długiej wspinaczce po schodach starówkowej wieży widokowej Fryderyk dotarł wreszcie na sam szczyt. Po drodze spotkał życzliwe uśmiechy innych osób. Znany był fakt, że Fryderyk był chorowitym mężczyzną o słabej kondycji toteż w przeszłości odradzano mu forsownych ćwiczeń i ciężkich wysiłków fizycznych. Jednak teraz tą walką udowodnił, że mimo słabości drzemie w nim wielka siła!  

Wysokość wieży i odległość, w jakiej znajdował się od Ziemi przerażała, a jednocześnie fascynowała Fryderyka. Ujrzał ogromną liczbę świateł o wielu kolorach i krajobraz zapełnionego po brzegi budynkami, ludźmi… Spoglądając nieco wyżej scenerię tę przerywał malowniczy obraz zachodzącego słońca. Nie mógłby opisać tego widoku, uczucia zjednoczenia z panoramą miasta. Wiedział, że w tym momencie jego myśli najlepiej odnalazłyby się w dźwiękach fortepianu.

Poczuł mocniejszy wiatr na swojej twarzy, ciepłe powietrze zmieszało się teraz z chłodniejszym. Zastanawiał się czym mogłoby być „serce tego miasta”, o którym wspomniał Ludwig. Czy te tajemnicze miejsce znajduje się gdzieś blisko? Może każdy z osobna znajduje serce gdzie indziej, a może wszystko zależy od przeżywanych emocji i wspomnień związanych z danym miejscem? Czy on Fryderyk jest właśnie teraz w takim miejscu? I czy mógłby pokochać jazz? Zastanawiał się. Lekko czerwonawa i złotawa postać zachodu słońca zdawała się coraz bardziej wciągać Fryderyka.  Przenosił się teraz w najgłębsze zakamarki swoich uczuć.

W drodze powrotnej z wieży postanowił wstąpić do Kościoła Świętej Anny mając nadzieję, że będzie opustoszały. Jednak Kościół wcale nie był pusty, wręcz przeciwnie przepełniony tłumem zaciekawionych gapiów. Usłyszał fortepian i skrzypce..

– Przecież to Trio fortepianowe opus 97…! – rzekł głośno zdziwiony Fryderyk. Nie mógł się mylić. Niektórzy usłyszeli głośne zdumienie Fryderyka, dostrzegli charakterystycznie ubranego Chopina i ustąpili mu drogę jakby chcieli poprowadzić go w stronę ołtarza skąd słychać było muzykę.

Jakież to było zdziwienie, kiedy zobaczył Beethovena grającego na fortepianie, młodego Stravińskiego, który grał na drugim fortepianie i Mozarta grającego na skrzypcach!

Wszyscy trzej szybko go zauważyli, wtem Fryderyk kiwnął głową w ich kierunku. Stanął przed nimi skupiony niczym dyrygent. Beethoven zatrzymał na chwilę grę, wskazał na znajdujący się obok trzeci fortepian i po prosił Fryderyka aby ten zagrał z nimi Trio Fortepianowe.

W taki oto sposób spełniło się dawne marzenie Fryderyka, o którym nieraz pisał w swych listach i chociaż chwila trwała niecałe 30 minut to była to jedna z najcenniejszych chwil w jego życiu. W między czasie w kościele zdawało się przybywać coraz więcej ludzi.

Fryderyk niesiony wrażeniami i podniosłą chwilą podziękował za wspólną grę i bez chwili zawahania zadedykował Beethovenowi, Mozartowi, Stravińskiemu – Fantazję Impromptu. Cóż to była za porywająca gra. Zapełniony po brzegi kościół wydawał się być zauroczony „fantazyjną” grą Chopina. Kiedy koncert dobiegł końca Beethoven, Mozart i Straviński, szczerze poruszeni zaczęli klaskać i kłaniać się Fryderykowi.  W całym kościele jednogłośnie rozległy się gromkie brawa i okrzyki zachwytu. Czterej muzycy z wyrazami wdzięczności pokłonili się przed tłumem zgromadzonym w kościele.

Tak minęła pierwsza część letniego wieczoru w Warszawie.

***

Wszyscy czterej dotarli  po pewnym czasie na starówkę, gdzie odbywał się koncert muzyki jazzowej. Fryderyk przyglądał się towarzyszom. Utalentowany Straviński skrupulatnie coś notował żywo przy tym wsłuchując się w muzykę. Jednak największą ciekawość wzbudził w nim Ludwik van Beethoven. Przyglądał się jego twarzy, ruchom rąk, które nieco się unosiły chcąc dyrygować. Zwalniał i co chwilę przyspieszał. Miał zamknięte oczy, zdawał się słuchać. Fryderyk zastanawiał się, co mógł dziś usłyszeć ten głuchy genialny muzyk? Zdawał się poruszać rękoma w takt muzyki. Był skupiony i poważny. Fryderyk próbował odczytać z  ruchów warg słowa wypowiadane przez Beethovena. Usłyszał słowa brzmiące niczym wyznanie, głęboko ukrywane myśli ledwo słyszalne w zewnętrznym świecie…

– Moje życie, moje wszystko, moje najgłębsze ja..

Fryderyk wreszcie usłyszał grającą w tle muzykę, pełną nonszalancji i improwizacji. Czuł z tego powodu zmieszanie, lekki niepokój i zawstydzenie. Z drugiej strony dostrzegł w tych dźwiękach jakąś dziwną harmonię, który powoli zaczynała współgrać z jego duszą.

W tym momencie Fryderyk chcąc uciec jak najdalej wzrokiem, ujrzał spoglądającą w jego kierunku kobietę. Rozpoznał ją i  przywitał ją tymi samymi słowami co w muzeum: 

– Bonjour Mademoiselle.

– Bonjour Monsieur Chopin – uśmiechnęła się. Była tą samą pełną uroku młodą kobietą, którą w jakiś szczególny sposób zapamiętał.  

W pewnym momencie Mozart nachylił się w stronę Fryderyka i ze spokojem zapytał go: Czy wiesz już na czym polega ukryte piękno jazzu?

– Na wydobyciu z naszych serc najprawdziwszych nas, w najczystszej postaci. – bez zawahania odrzekł Fryderyk. Uniósł głowę ku górze, w stronę gwieździstego nieba i dodał cicho: – Moje serce miasta

Jolanta Kurowska

część 1

Chopin skręcił w Krakowskie Przedmieście. Spacer zaczął od filiżanki czekolady u Wedla. Przechodząc, pokłonił się Adamowi Mickiewiczowi, po czym przysiadł na chwilę na ławce, by posłuchać wierszy czytanych przez księdza Twardowskiego. Następnie, podobnie jak przed laty, zagrał na organach w czasie porannej Mszy w kościele Wizytek, po czym zajrzał na chwilę do Muzeum na Okólniku, by wzbogacić kolekcję swoich rękopisów. Kompozytor odbył też krótką przejażdżkę dyliżansem konnym po Ogrodzie Saskim i Starówce, a po sprawdzeniu godziny na zegarze na wieży Zamku Królewskiego, szybko udał się do Łazienek, gdzie już od rana tłumy melomanów czekały na południowy koncert chopinowski w wykonaniu kompozytora. Po koncercie spotkania, bankiet i podpisywanie płyt.

Dzień kompozytor zakończył oczywiście w Filharmonii, słuchając koncertu w ramach festiwalu „Chopin i jego Europa”, którego jest honorowym gościem i największym wielbicielem.

część 2

Po intensywnym poranku i południowym koncercie w Łazienkach, Fryderyk ma ochotę odpocząć. Wtem spotyka Bacha jadącego Alejami Ujazdowskimi na rowerze Veturilo. Na wietrze powiewają poły jego surduta i długie loki noszonej przez niego zgodnie z panującą w jego czasach modą peruki.

Przy ostrym hamowaniu na światłach, z teczki przypiętej do bagażnika wypada plik kartek. Fryderyk natychmiast podbiega i pomaga Janowi Sebastianowi pozbierać porywane przez podmuchy wiatru nuty jego najnowszej fugi. Niezwykle ucieszony z tego spotkania, które w ich czasach nie byłoby możliwe, zaprasza go na obiad. Ponieważ okazuje się, że jest to pierwsza wizyta Bacha w Warszawie, Chopin oprowadza najpierw gościa po mieście, pokazując mu kilka miejsc bliskich swemu sercu, czyli swoją Warszawę: jedyny ocalały fragment Pałacu Saskiego z Grobem Nieznanego Żołnierza, Pałac Czapskich, Pałac Kazimierzowski, kościół Wizytek, kościół Ewangelicko-Augsburski Świętej Trójcy, dawny Pałac Radziwiłłów… Panowie nie mogą się oprzeć, by części trasy nie pokonać metrem. Chcą bowiem na własne oczy przekonać się, jak działa ten nowoczesny, nieznany im do tej pory środek transportu. Po drodze przysiadają też na kilku ławkach multimedialnych i nie mogą się nadziwić, że grają bez pianisty.

Na obiad udają się do restauracji Honoratka, będącej miłym wspomnieniem po jednej z dawnych ulubionych kawiarni Fryderyka. W czasie posiłku Chopin wypytuje Bacha o tajniki jego warsztatu kompozytorskiego. Wyznaje mu, że od młodości niezwykle cenił jego twórczość. Jego fugi czy preludia zna na pamięć i grywa je często dla rozruszania palców przed swoimi koncertami. Utwory Jana Sebastiana zaleca też grać swoim uczniom, ponieważ są idealne i umożliwiają świetne doskonalenie własnej techniki. Na potwierdzenie tych słów zasiada do stojącego w rogu sali fortepianu i gra fragmenty bachowskich kompozycji ku zadowoleniu wszystkich obecnych.

Bach, nieco speszony, wypytuje z kolei Chopina o jego własne kompozycje i z przyjemnością słucha etiud i preludiów, w których rozpoznaje echo skomponowanych przez siebie utworów, po czym sam również siada do fortepianu. Kompozytorzy przerzucają się nawzajem kolejnymi fragmentami swoich kompozycji i w tak miłej i twórczej atmosferze niepostrzeżenie mija im całe popołudnie.

Na deser kosztują jeszcze czekoladek różanych, ulubionych słodyczy Chopina z dzieciństwa, i umawiają się na przyszły weekend w Żelazowej Woli.

Chopin jest szczęśliwy, gdyż spełniło się jego marzenie spotkania jednego z dwóch największych geniuszy muzycznych, za których uważa Bacha i Mozarta. Jakże miłe wspomnienia zachowa też Bach ze spotkania z Chopinem, znacznie przyjemniejsze niż z niedawnej Kolacji na cztery ręce z Händlem…

część 3

Słońce już nisko nad horyzontem. Chopin wybrał się na spacer po Starym Mieście. Nagle wpada na grupę muzyków, wśród nich Mozart, Beethoven i Strawiński.

Panowie bardzo się ucieszyli, bo najwyraźniej zabłądzili, próbując odnaleźć się w gąszczu wąskich uliczek o dziwnych nazwach. Zadania nie ułatwiało im również ich różne usposobienie oraz to, że każdego z nich interesowało trochę co innego. Chopin zatem z radością podjął się roli przewodnika po Starówce i okolicach, starając się sprostać wszystkim oczekiwaniom.

I tak na specjalne życzenie Mozarta zwiedzono wnętrza Zamku Królewskiego. Można się było spodziewać, że nie będzie to spokojna wizyta, pamiętając, że był on zawsze skory do żartów, z których jakoś nigdy nie udało mu się wyrosnąć… Już po drodze kompozytor nagle gdzieś zniknął, zaś po jego równie niespodziewanym powrocie król Zygmunt na kolumnie dziwnym trafem zyskał nowy płaszcz… Na Zamku Królewskim nie było lepiej, gdyż Mozart, przypominając sobie dziecięce figle, śmigał w filcowych kapciach z sali do sali, jedynie cudem nie tłukąc po drodze eksponatów. Łamał też wszelkie regulaminy, wypróbowując trony królewskie, wywijając mieczami i przestawiając napotkane zegary. Pracownicy Zamku jego wizyty z pewnością długo nie zapomną.

Strawiński, zobaczywszy plakat reklamujący niedawną premierę jego „Święta wiosny”, bardzo chciał zobaczyć nową inscenizację. Okazało się, że jego balet zestawiono z „Krzesanym” Wojciecha Kilara, o którym kompozytor siłą rzeczy nie mógł wcześniej słyszeć. Muzycy zaszli zatem do Teatru Wielkiego i zakupili bilety na nowy sezon, by móc podziwiać zarówno muzykę, jak i choreografię stworzoną do tych dwóch niby różnych stylistycznie, lecz jakże spójnych klimatycznie arcydzieł zainspirowanych jedno obrzędowością pogańskiej Rusi, zaś drugie polskim folklorem góralskim.

Beethoven z kolei zapragnął odwiedzić sklep muzyczny, gdyż podobno można tam dostać płyty CD z nagraniami utworów wielu kompozytorów. Co ciekawe, okazało się, że jego muzyka odegrała znaczącą rolę przy opracowywaniu tego nośnika, gdyż na wyraźne życzenie Herberta von Karajana można na nim zapisać maksymalnie 80 minut muzyki, czyli tyle, ile trwa słynna IX Symfonia. Po wizycie w księgarni muzycznej na Moliera każdy wzbogacił się zatem o płyty z nagraniami kolegów.

Z kolei spotkany po drodze Bach zwiedzał wszystkie kościoły z pięknie brzmiącymi organami. Kompozytor oczywiście nie omieszkał wszystkich po kolei wypróbować. Nie zważał przy tym na sprawowaną w danym momencie liturgię, wprawiając tym samym księży, służbę liturgiczną i wiernych w niemałą konsternację, a panowie muzycy musieli go siłą odciągać od instrumentu. Tak na marginesie, zdaniem Jana Sebastiana pierwsze miejsce zajęły ex aequo organy Archikatedry i kościoła św. Anny.

Po spełnieniu turystycznych życzeń gości, Chopin zaprowadził jeszcze wycieczkę do nowo otwartego po dłuższym remoncie Muzeum Warszawy przy Rynku Starego Miasta, gdzie zgromadzono różne przedmioty i pamiątki związane z historią miasta. Największe uznanie zwiedzających zyskały niewątpliwie warszawskie syreny, pomniki i stare pocztówki, o których ciekawie opowiadał jeden z przewodników.

Jak to wśród kompozytorów bywa, rozmowy powoli przeszły od atrakcji turystycznych Warszawy do tematów najbliższych ich sercom, czyli do muzyki. Panowie zaczęli omawiać swoje dokonania, dzielić się opiniami, a także wypytywać Chopina o jego najnowsze kompozycje. Okazało się, że spod pióra mistrza właśnie wyszedł najnowszy polonez. Bardzo to wszystkich zaciekawiło, tym bardziej że okazało się, że pomimo różnych epok i narodowości wiele ich łączy. Taki na przykład Bach już dawno zwrócił uwagę na ten polski taniec i nawet zdążył go wykorzystać na przykład w swojej drugiej suicie orkiestrowej, zaś Mozart – w jednej z sonat fortepianowych i w divertimentach. Kilkoma polonezami może pochwalić się także Beethoven.

Tak to na muzycznych pogawędkach zeszła im droga, aż doszli do Kościoła Świętego Krzyża, gdzie właśnie zaczynał się wieczorny koncert oratoryjny w ramach Festiwalu Chopin i Jego Europa, który zakończył ten długi i jakże ciekawy dzień.

Gdybyż tak mogło zdarzyć się naprawdę…

Michał Mielnik

część 1

Warszawskie poranne peregrynacje Chopina byłyby jak mniemam alternatywne wobec utrwalonego kulturowo wizerunku tego artysty. Współczesny Fryderyk byłby przede wszystkim modnym hipsterem w manierze bohaterów jednego z moich ulubionych filmów ostatnich lat, czyli obrazu „Wszystkie nieprzespane noce”. 

 Jego spacer o świcie byłby zatem w tym kontekście flaneuringiem po nocnej imprezie, jaka miała miejsce w Pałacu Czapskich, pozbawionym celu, być może za wyjątkiem poszukiwaniem filiżanki świeżo parzonej kawy serwowawej, jakżeby inaczej, w istniejącej po dziś dzień, aczkolwiek ze zmienionym nieco szyldem, w kawiarni Telimena. 

 Być może zajrzałby na chwilę do kościoła Świętej Trójcy na pl. Małachowskiego, ale jego wędrówka nie byłaby czystym odwzorowaniem przebiegu własnej biografii, ale raczej poszukiwaniem ducha współczesnego miasta tu i teraz jako inspiracji do twórczego fermentu. 

 Zatem wyprawa na powiśleński brzeg Wisły, aby przejść się nadrzecznymi bulwarami i zobaczyć poranne słońce odbijające się w tafli wody, wizyta w Centrum Nauki Kopernik, albowiem także nauka mogłaby być twórczym bodźcem, a sztuka razem z empirycznym doświadczeniem nauk ścisłych uległaby syntezie właśnie w muzycznym wykwicie geniuszu Chopina. 

 Następnie zaś romantyczny kompozytor przedostałby się na Pragę Północ, aby spojrzeć z nieco innej perspektywy na miasto nie definiowane przecież wyłącznie przez mieszczańską percepcję kultury. 

część 2

Oczywiście posługując się w tym miejscu drętwym sucharem mógłbym stwierdzić, iż wynikiem tego byłby „BACH!!!” a nawet „BUM!!!”, niemniej jednak Al. Ujazdowskie są na tyle szerokie, a nadto wyposażone w ścieżkę rowerową, że raczej im to nie grozi. 

 Cóż, obaj znajdują się na Trakcie Królewskim, który narzuca pewną ścieżkę zwiedzania Warszawy, jednak mniemam, że zanim Chopin zaprosiłby swojego niemieckiego przyjaciela na wycieczkę do Wilanowa (choćby po to, aby zobaczyć unikatowe na skalę europejską Muzeum Plakatu), mogliby oni zaliczyć kilka mniej standardowych atrakcji turystycznych, które być może nie są ściśle związane z uprawianym przez nich fachem, ale przecież nawet takim geniuszom należy się dzień leniwego chilloutu. 

 Zatem w pierwszej kolejności szybki przejazd Al. Wyzwolenia, które są naszym rodzimym przetworzeniem założenia architektonicznego Placu Wogezów w Paryżu, by znaleźć się na Pl. Zbawiciela i zjeść razem posiłek oraz wypić kawę w jednej z tutejszych rozlicznych knajpek (być może byłaby to owa kultowa restauracja wietnamska, w której często zaobserwować wesela przedstawicieli tej społeczności). 

 Przy tej okazji Chopin mógłby opowiedzieć Bachowi o pewnym BRAKU, tj. sławetnej Tęczy. Następnie panowie wybraliby się na seans do kultowej Luny, choć zapewne nie byłby to film „Chopin.Pragnienie miłości”. 

 Po tym udaliby się do pobliskiego Latawca celem wypicia chłodnego piwa, by udać się w dalszej kolejności na Pole Mokotowskie, gdzie kompozytorzy mogliby zrelaksować się rzucając frisbee. Byłby to zaledwie początek popołudniowej wyprawy po Warszawie, który mógłby dostarczyć inspiracji dla jakichś alternatywnych partytur. 

 

część 3

Myślę, że w pierwszej kolejności Chopin pokazałby kolegom pewną prawną osobliwość znajdującą się w rogu ul. Długiej i Freta już na Nowym Mieście, a mianowicie kiosk z prasą stanowiący najmniejszą hipotekę ujętą w księgach wieczystych na terenie Warszawy (piszący ten tekst ze względu na swoją profesję nie mógł pominąć takiej ciekawostki). Następnie udaliby się vis a vis, aby obejrzeć odnowione Muzeum Marii Curie Skłodowskiej, o ile godziny otwarcia tej placówki mogłyby jeszcze na to pozwolić. Następnie, wędrując w dół skarpy wiślanej zobaczyliby spektakl multimedialnych fontann, a następnie przemierzając cały szlak bulwarów, która to czynność już w tym momencie nie nastręcza żadnych trudności komunikacyjnych Chopin et consortes zobaczyliby wystawę prezentowaną w pawilonie Muzeum Sztuki Nowoczesnej poświęconą polskiej scenie rave. Cóż, nawet kompozytorzy muzyki klasycznej potrzebują elektronicznych bodźców. 

 Chciałbym natomiast zaproponować bohaterom naszej opowieści w tym miejscu kierunek bardziej alternatywny, penetrację prawdziwej warszawskiej terra incognita związaną jednak z korzeniami Fryderyka, którymi chciałby się pochwalić. Zacisze to miejsce jakich wiele w Warszawie. Dość banalne i niczym pozornie się nie wyróżniające, ale właśnie poprzez tę swoją cechę podbudowaną bogatą historią, charakterystyczne dla historii Warszawy. Można w tym miejscu odwołać się do tradycji znanego kompozytora i nauczyciela Fryderyka Chopina Józefa Elsnera (vide Elsnerów), który prowadził na tych terenach swój folwark, a także Zygmunta Jórskiego stosującego na przełomie XiX i XX w. dość nowatorskie jak na tamte czasy metody deweloperskiej parcelacji gruntów, co przyczyniło się do rozwoju osiedla w takim samym stopniu, jak kolejka marecka uwieczniona zresztą w teledysku do piosenki Skaldów pod tytułem „Na wszystkich dworcach świata” (znowuż muzyczne asocjacje). 

 Ma jednak Zacisze miejsca na wskroś wyjątkowe, a jednym z nich jest bulwar ciągnący się wzdłuż Kanałku Bródnowskiego, przypominający nadmorskie promenady. Przez chwilę zatem można poczuć w tym miejscu atmosferę deptaku Mielna. Zachód słońca nad kanałkiem to niemalże – tout proportions gardee – nadwiślańskie bulwary. 🙂 

Gratulujemy wszystkim zwycięzcom! Zapraszamy do odkrywania Warszawy Chopina i dzielenia się z nami swoimi wrażeniami na Facebook, Twitter oraz Instagram!

zobacz także
[contact-form-7 id="3956" title="Formularz Kontaktowy"]
x